Kolekcja pierdołek

Czasem czujesz, że dzień będzie ciężki, bo wiszą nad tobą czarne myśli. Wstajesz z trudem. Otwierasz oczy niechętnie i wiesz że znowu musisz się zmierzyć z tym, co przez noc uśpiłeś. Rzeczywistość tego ranka wchodzi do ciebie wszystkimi zmysłami. Oczy widzą jak obudził się dzień, ale ty nie nadążasz.

Uszy łowią pierwsze dźwięki, ale żaden z nich nie przynosi ukojenia.

Usta masz wyschnięte, bo dużo snułaś sennej narracji, więc pić, musisz pić.

I ciało wolniejsze od myśli wlecze się za tobą do łazienki, do kuchni, w stronę szafy a potem drzwi.

Wychodzisz w nowy dzień.

Z trudem.

W takie dni uczę się zawsze od nowa jak w prostocie znaleźć siłę, jak nie spadać w ciemność, nie brudzić się czarnymi myślami.

Zaczynam od muzyki albo radia. Nie zawsze pomaga, ale kiedy już coś do mnie mówi albo miło śpiewa przestaję czuć się sama.

Kiedy mielę kawę zawsze patrzę przez okno. Mam to szczęście, że mieszkam na szczycie górki i widzę miasto jak faluje razem z pagórkami a potem przechodzi w pola naszpikowanie w oddali wiatrakami.

Patrzę jak stromą ulicą zjeżdżają samochody i wyobrażam sobie, że jestem szczęściarą bo nie muszę nigdzie dziś pędzić, bo jeszcze mogę pobyć przez chwilę w domu. Bo kawa jeszcze nie gotowa.

Proste. I skuteczne.

A kiedy już odciągnę siłą woli to co mnie martwi, staram się płynąć na fali. To wcale nie takie trudne.

Gryzę na przykład chleb i zachwycam jego smakiem. A potem słyszę tę piosenkę w radiu, która po setnym wysłuchaniu zaczęła mi się podobać.

Słyszę jak ptaki kłócą się o coś za oknem. To też miłe. Brzmi jak wygłupy, jak gwar przedszkolaków wypuszczonych na podwórku.

I toczą się kolejne minuty, godziny mojego dnia a ja jak paciorki zbieram te wszystkie małe przyjemności. Moje zen- pierdołki.

W najczarniejszym nawet dniu coś przefajnego się trafia. Taki na przykład gigantyczny misiek porzucony nad ranem jak kłopotliwy uczestnik mocno zakrapianej imprezy. Z pyskiem rozchylonym jakby powietrza mu za dużo nawiało.

 

Wierzę, że kiedy tak ćwiczę ten mięsień ‚pozytywizmu’, głowie łatwiej z czasem wygrywać z niemocą, bo rutyna cieszenia się tym, co zmysły cenią w końcu staje się nawykiem.

Dzisiaj uzbierałam sporo tych pierdołek.

Poranne słońce gdzieś w prześwicie drzewa z Marysią.

Ciepłe małe rączki dwuletniego prawie Adasia.

Cynamonka zjadana z Niną przed piekarnią.

Olgi talent.

Ręka ukochanego na moim biodrze.

Przytulas od siostry w wiadomości.

I fragmenty innych mgnień, które sprawiają że życie jest dla mnie dobre.

A u Ciebie? Co banalnie dobrego się dziś zdarzyło?

Jeśli coś miłego Ci się przypomniało, zdziwiło albo poruszyło – odezwij się proszę w komentarzu! Będzie miło móc Cię przeczytać.

 

tekst: Agata Lesiowska

foto: Agata Lesiowska, Have Some Water

prawa autorskie zastrzeżone

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *